Mam trochę zagwozdkę z ugodą, którą mam dostać do podpisania. Wierzyciel proponuje ratę, która na pierwszy rzut oka może nie wygląda tragicznie, ale u mnie rozwala się to na dojazdach do pracy. Mam prawie 30 km w jedną stronę, najczęściej autem, czasem dochodzi bilet, jak auto zostaje u mechanika. W praktyce samo jeżdżenie do pracy zjada mi taki kawałek budżetu, że przy ich racie zostaje mi bardzo mało na zwykłe życie. A bez tej pracy przecież nie będę miała z czego płacić. Pokazywaliście wierzycielowi takie koszty dojazdu jako coś koniecznego? Lepiej wysłać prostą rozpiskę budżetu, czy od razu dorzucić paragony za paliwo i bilety?